czwartek, 20 czerwca 2013

W moim ogrodzie...


Nareszcie pogoda dostosowała się do pory roku i mam nadzieję, że już tak zostanie...
Dzisiejszy dzień spędziłam leniwie, ale bardzo potrzebowałam chwili wytchnienia. Wiosna przyniosła mi wiele nowego, na szczęście głównie dobrego - nawiązałam ciekawą współpracę w zakresie kursów projektowania ogrodów, które w przeciwieństwie do wcześniejszych, prowadziłam na podstawie swojego autorskiego programu. Zrobiłam kilka projektów. W głowie powoli wykluwa mi się zawodowy plan, który chciałabym zacząć realizować, kiedy od września moje młodsze dziecię pójdzie do przedszkola.
Dzisiaj mogłam w końcu niespiesznym krokiem przejść po swoim ogrodzie, który już potrzebuje nieco dopieszczenia, ale i tak jest dla mnie miejscem ukochanym.
Zapraszam na wspólny spacer:


Przejście pomiędzy domem a nieużywanymi zabudowaniami gospodarczymi stworzyło istny zielony tunel - po murze domu pnie się nieokiełznana glicynia, a budynek po prawej stronie jest cały obrośnięty winobluszczem (zasłonił nawet okna). Na rzadko używanej bramie rozpiłam matę bambusową i zawiesiłam skrzynki z pelargoniami, przez co przestrzeń stała się bardziej intymna i przyjazna.
Porozmawiałam ze swoimi roślinkami, które pięknie się w tym roku sprawują:
Jodła koreańska przystroiła się setkami błękitnych szyszek.

Hortensja, która w ubiegłym roku utworzyła tylko jeden kwiatostan, teraz postanowiła mi to wynagrodzić. Niektóre kwiatuszki potrzebują dosłownie chwili, by się zaróżowić.


Parzydło leśne zadowolone z wilgotnej aury też wybujało i obficie zakwitło, tworzy sympatyczny duet z bladożółtą naparstnicą, a u ich stóp nieśmiało zakwitła jakaś spóźniona gałązka białej serduszki.
Lilak Meyera (nazywany też miniaturowym bzem) również stwierdził, że zrobi mi niespodziankę i przypomni swój obłędny zapach wytwarzając jeszcze trzy powtórkowe kwiatostany.

Pyszniące się swoimi kwiatami piwonie, nie dają się konkurencji i też odurzają zapachem. W ogrodzie pozostało mi kilka okazów z wielkiej kolekcji tych kwiatów, którą założył mój dziadek jeszcze przed drugą wojną. Z dzieciństwa pamiętam odmiany zakwitające w różnym czasie, w różnych kolorach. Niestety w trakcie ogrodowych przemeblowań większość uległa zniszczeniu i zostało mi tylko kilka krzaczków różowych.
Maki przestraszyły się chyba moich myśli o eksmisji z ogrodu, bo od kilku lat nie raczyły jeszcze zakwitnąć, i również stanęły na wysokości zadania. Niestety to już jeden z ostatnich kwiatów, bo one nie lubią deszczu i szybko zmarniały od ciężkich kropel, jakimi nas ostatnio raczono.


Róże, zarówno te w ogrodzie, jak i posadzone w donicach, też już na dobre rozpoczęły swój kolorowy spektakl i cieszą me oczy. Jeszcze z utęsknieniem wyglądam na delikatne, pojedyncze kwiatuszki, mojej ulubionej odmiany 'Star Profusion', która mam zarówno w wersji okrywowej w ogrodzie, jak i w formie piennej w donicy. Pączków mają masę, ale jeszcze potrzeba im troszkę czasu aby się otworzyły.
 Delikatne, pastelowe tawuły też już w rozkwicie, a powojnik, który oplątał sąsiadujące z nim krzewy i drzewa, będzie stopniowo otwierał swoje ciemnofioletowe kwiaty. One też w tym roku wykazują się ogromem kwiecia.

Nawet nieproszeni goście, w postaci dorodnych okazów podagrycznika (który gdyby nie pogoda utrudniająca prace w ogrodzie i mój brak czasu, dawno zostałby wytępiony, a tymczasem zdążył zakwitnąć) jakoś tak miło dla oka wyglądają.



Już za chwileczkę, w trakcie spaceru po ogrodzie, będzie można się posilić, bo borówki amerykańskie, morele, poziomki i czarne maliny, szybko pod wpływem przygrzewającego słonka nabiorą kolorów i słodyczy.


A na razie, po spacerze, raczyłam się z dziećmi soczystymi truskawami, pod gęstym sklepieniem utworzonym przez klon jesionolistny (ilość i długość nasienników, jakie wytworzył, również jest imponująca).
Na balkonie w domku dla ptaszków, który widać na pierwszym zamieszczonym w poście zdjęciu, czekała na mnie niespodzianka... Zdjęcie mało ostre, ale ciasne lokum małej, pracowitej pszczółki, nie pozwalało zrobić lepszego. Okazuje się, że zamiast ptaszka, mamy własną pszczołę, która wytrwale buduje swój plaster :).

W domu na każdym kroku, można obecnie spotkać takie różności, więc miło kiedy pogoda pozwala spędzić czas poza nim. Ale staram się nie rozmyślać o uciążliwości remontu i skupiać się na efektach końcowych, które będą cieszyć. Rozpoczęte działania, niestety rozciągną się w czasie pewnie na kilka lat, ale postanowiłam małymi kroczkami dążyć do swojego wymarzonego domu.
A na razie oddalam się do swojej balkonowej czytelni w zielonym gąszczu winorośli, aby zagłębić się w historie kilku pokoleń rodziny Oriany Fallaci spisaną przez nią na ponad ośmiuset stronach książki "Kapelusz cały w czereśniach" - tytuł bardzo na czasie :).

6 komentarzy:

  1. Ależ cudnie się tu takie pozytywne wpisy czyta :)
    (nie wiedziałam, że ten Twój ogród aż tyle cudów mieści!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tylko część cudów, która akurat teraz ciekawa :). Na pewno pochwalę się jeszcze holenderską bulwą, która z dnia na dzień bujniejsze listowie wypuszcza i nie mogę się doczekać kwiatów (dziękuję :*)

      Usuń
  2. pieknie jest w Twoim ogrodzie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam u mnie. Bardzo dziękuję :) Dzisiaj odchwaściłam, to jeszcze piękniej :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ładny ogród, bardzo ładnie ujęty na zdjęciach i bardzo ciekawie opisany :-) Czytelnicy czekają na więcej!
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miły komentarz :)
      Mam zamiar zamieszczać wpisy systematycznie, tak, że zapraszam :)

      Usuń